Sprawiedliwa Bednarska z Bilczyc

Dział ten poświęcony jest opisom całych miejscowości, także tym opuszczonym i już nieistniejącym
Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Sprawiedliwa Bednarska z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 10 lip 2020, 12:56

Za bezinteresowną pomoc Żydom w czasie II wojny światowej, 29 marca 1984 roku Instytut Yad Vashem w Jerozolimie, uhonorował tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, siostrę Stefanię, Stanisławę Bednarską. Jej rodowód jest dość zawiły, urodziła się 25 stycznia 1915 w Bilczycach, na Rudach pod nr 82 w biednej rodzinie zagrodników. Dziadek ze strony matki Antoni Kurzydym, trzykrotnie żonaty, żył i gospodarował na zagrodzie pod nr 48. Kiedy w wieku 75 lat, zmarł 15 kwietnia 1877, 33 letnia po nim wdowa Marianna Chanek, 6 czerwca 1878 wyszła za 48 letniego Kajetana Sałaję urodzonego w Grabiu, a zamieszkałego w Zalesianach, s Franciszka i Zofii Nowak. 1 lipca 1879 ur. Jakub, zm. 26 kwietnia 1885, 25 listopada 1887 ur. Franciszka.

Kajetan Sałaja 14 maja 1881, dokupił za 300 złr od sąsiada Piotra Handzlika, nieruchomość po spalonej chałupie z nr 50, parcele 626,627 i 628 o pow.1300 sążni. Sprzedający w kontrakcie zastrzegł sobie prawo do 1 września 1881 roku zebrania zbiorów, wycięcia drzew owocowych i jednej brzozy, sprzątnięcia gruzu i kamieni po fundamencie chałupy oraz wyrównania dołów. Kajetan zmarł 25 listopada 1893, w wieku 61 lat. Niepiśmienna Marianna Kurzydym-Sałajowa, 4 listopada 1905 darowała po połowie realność pod nr 48 dwójce swoich dzieci, Stanisławowi Kurzydymowi i Franciszce Sałaja. Potocznie nazywano ich Sałajkami, przezwisko to przylgnęło do kolejnych pokoleń na zagrodzie nr 48, tak do niedawna nazywano obecnie tu zamieszkałych Danielów. Marianna Sałajowa zmarła 3 marca 1912 , przeżyła 67 lat.
Załączniki
Zagroda nr 48 i 82.jpg
Zagroda nr 48 i 82.jpg (55.92 KiB) Przejrzano 1087 razy
Ostatnio zmieniony sobota 11 lip 2020, 09:18 przez Markot Roman, łącznie zmieniany 1 raz.

Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Re: Sprawiedliwa Siostra z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 10 lip 2020, 13:04

17 letnia Franciszka Sałaja, c Kajetana 20 listopada 1905 wyszła za 24 letniego Wojciecha Bednarskiego ze Zręczyc 42, s Jana i Marianny Małek. 11 marca 1913 ur. Marianna, 25 stycznia 1915 Stanisława (siostra Stefania). Początkowo mieszkali na ojcowiźnie pod nr 48, wiosną 1914 roku wybudowali swoją chałupę z nr 82 (pb 95/2).

Wojciech Bednarski poszedł na I wojnę światową, wrócił szczęśliwie ale wkrótce zaraził się hiszpanką i15 października 1918 zmarł mając 37 lat. Wdowa Franciszka 21 maja 1919 wyszła za 33 letniego Jana Jamkę ze Stadnik, s Tomasza i Józefy Stasiak. 13 czerwca 1920 ur. Józefa i zm. 1 lipca 1920, 20 października 1921 ur. Zofia, 6 lutego 1925 ur. Józef. Dziś nikt nie pamięta dlaczego Jamkę nazywano Symerokiem, podobnie żonę i ich dzieci. Jan Jamka zmarł 7 czerwca 1954, w wieku 68 lat.

Marianna Bednarska, c Wojciecha 27 listopada 1940 wyszła za 37 letniego sąsiada Jana Szostaka, s Stanisława i Anny Cebula, zamieszkała pod nr 99. Po rychłej śmierci Szostaka (22 lutego 1942), poślubiła 37 letniego Władysława Chruściela, s Józefa i Agnieszki Banaś urodzonego 14 sierpnia 1913 w Ostrawie, zamieszkałego w Gdowie.
Zofia Jamka, c Jana, zabrana z domu w czasie łapanki na początku 1940 roku, i wywieziona na przymusowe roboty do Rzeszy. Po powrocie mieszkała z matką na Rudach, nie wyszła za mąż.

Józef Jamka, s Jana po ojcu nazywany Symerokiem, w młodości związał się z gdowskim kierowcą Karolem Kapałą i był jego pomocnikiem. W okresie okupacji przemycali z Krakowa i Lwowa różne towary, handlowali nimi, część z nich, odzież i obuwie dostarczali lokalnym partyzantom. Po wojnie Józef został samodzielnym kierowcą w Krakowie, jeździł na taxi, w nowohuckich Czyżynach wybudował dom, 4 lipca 1953 poślubił Janinę Nowicką. W połowie 60 - tych lat zabrał do siebie matkę Franciszkę i siostrę Zofię. Starą chałupę z polem na Rudach, w 1968 roku zakupili Franciszek i Maria Urbańscy. Franciszka Jamkowa zmarła w Krakowie 3 kwietnia 1975, w wieku 87 lat, a Zofia 6 marca 2007, przeżyła 86 lat. Drugą żoną Józefa Jamki, 14 kwietnia 1977 została Danuta Janusik, c Anny, ur. 27 stycznia 1936, zm. 25 lutego 2011. Jej matka Anna Janusik ur. 19 października 1902, zm. 24 września 1987, przeżyła 85 lat, wszyscy pochowani są na gdowskim cmentarzu. W grudniu 2008 roku, 83 letni Józef Jamka w imieniu nieżyjącej już siostry przyrodniej, dominikanki Stefanii, Stanisławy Bednarskiej, odebrał honorowe wyróżnienie, medal i dyplom, uroczyście wręczane w krakowskim magistracie przez przedstawiciela izraelskiej ambasady. Józef Jamka zmarł 3 maja 2014 roku, przeżył 89 lat.
Załączniki
Stara chałupa 48.jpg
Stara chałupa 48.jpg (21.54 KiB) Przejrzano 1085 razy
Stara chalupa  nr 82.jpg
Stara chalupa nr 82.jpg (30.47 KiB) Przejrzano 1085 razy
Pierwsza z lewej Franciszka Jamkowa, wdowa po Janie, z prawej córka Marianna Chruścielowa  przed chałupą Danielów około 1962-3 roku.jpg
Pierwsza z lewej Franciszka Jamkowa, wdowa po Janie, z prawej córka Marianna Chruścielowa przed chałupą Danielów około 1962-3 roku.jpg (17.93 KiB) Przejrzano 1085 razy

Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Re: Sprawiedliwa Siostra z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 10 lip 2020, 13:11

Stanisława Bednarska, c Wojciecha i Franciszki Sałaja, po ukończeniu szkoły powszechnej w Gdowie wybrała życie zakonne, w 1935 roku wstąpiła do klasztoru SS. Dominikanek kontemplacyjnych, klauzurowych na Gródku w Krakowie przy ul. Mikołajskiej. Po obłóczynach przyjęła zakonne imię Stefania, w maju 1938 złożyła proste śluby na pierwsze trzechlecie.

10 czerwca 1938, wraz z grupą siedmiu sióstr, Cecylią (Maria Roszak), Dianą (Helena Frąckiewicz), Imeldą (Maria Neugebauer), Jordaną (Maria Ostreyko), Małgorzatą (Irena Adamek), Bernadettą (Julia Michrowska) i przeoryszą Bertrandą (Janina Siestrzewitowska), wyjechała do Kolonii Wileńskiej. Na dworcu w Krakowie żegnała ją Mama i rodzeństwo. Po przyjeździe do Wilna, siostry przeszło 3 tygodnie mieszkały u Staniewiczowej, zanim zakupiona została działka w Kolonii, „S. Stefania starała się wykorzystać ten czas na codzienne nawiedzenia Ostrej Bramy i tam u stóp cudownego obrazu Matki Miłosierdzia gorąco polecała całą przyszłość, i swoją, i fundacji, i umiłowanych swoich w dalekim Gdowie (...) Matka Najświętsza okazała się Matką w nieraz ciężkich warunkach – dopomagając jej w wytrwaniu na obranej drodze powołania. Siostra Stefania nieraz potem mówiła: „choćby było jeszcze ciężej, ale sama nie opuszczę Zakonu, choćby przyszło umrzeć pod płotem”.

Zadaniem grupy mniszek było założenie nowego klasztoru dominikanek na Litwie, w Kolonii nad Wilią, kilka kilometrów od Wilna. W tym celu zakupiono 5-hektarowe gospodarstwo, stał tam drewniany, parterowy dom z prowizoryczną zakrystią i niewielką kaplicą. Zazwyczaj początki każdej fundacji, a w szczególności kościelnej bywają trudne. Niewielki dochód przynosiła sprzedaż płodów rolnych, owoców i jarzyn, siostry również kwestowały. Dla zabezpieczenia klauzury podjęły trud ogrodzenia działki murem. W podwileńskim gospodarstwie klasztornym, w polu, ogrodzie i warzywniku pracowało wiele oddanych, godnych zaufania osób.

S. Stefania Bednarska sama prowadziła kuchnię, to trudny dla niej czas, z współsiostrami łączyła życie duchowe i wyczerpującą pracę fizyczną. Nie było z czego ugotować posiłków dla ośmiu Sióstr, dla kilku osób ze służby i częstych gości. Nie miały węgla pod płytę ani odpowiedniego opału, pozyskiwanego na zalesionej części działki. Niedostatek tłuszczu, masła, trzeba było kombinować z mleka od dwóch krów (...), i na godzinę ugotować, a była tylko jedna w kuchni. Przy sporządzaniu posiłków okazała wielki talent w urozmaicaniu jadłospisu, doprawdy ktoś by pomyślał, z niczego! (...) Na zimę robiła przetwory, gotowała, smażyła i wszystko to leżało na głowie S. Stefanii. Nie koniec na tym, działka wymagała sił roboczych przy sprzątaniu plonów (ziemniaki, buraki, marchew, zboże itd.). przygotowanie jadła dla świnek.... Pracowały wszystkie siostry, ale S. Stefania też pomagała, mozolna praca, a przy tym wymagania literalnej obserwancji podobnie jak na Gródku. To wszystko nieraz doprowadzało S. Stefanię do ostatecznego wyczerpania fizycznego. Wspomina S. Jordana Ostreyko, „Nie bez znaczenia była ciężka sprawa prania bielizny i habitów (...) Pranie odbywało się w kuchni! Na tle tych wszystkich trudności ta młodziutka Siostra nie załamała się, owszem stawała się coraz bardziej współczującą i miłosierną zwłaszcza dla współsióstr, umiała przebaczyć i na ile ją tylko było stać okazać siostrzaną miłość, cichutko w czynie. Ta charakterystyczna cecha charakteru i jej drogi życia wewnętrznego rozwijała się stale, w pełną samozaparcia się i przekreślenia siebie miłość siostrzaną względem każdej potrzebującej pomocy siostry. S. Stefania nauczyła się samorzutnie, nie czekając, aż ją ktoś poprosi, zakasać rękawy i pomagać z takim zapałem i nakładem sił, że aż pot kroplisty okrywał jej wychudzoną twarz o głęboko osadzonych, ciemno obramowanych oczach”... 2 maja 1941 na ręce Matki Jordany Ostreyko, S. Stefania i S. Małgorzata odnowiły śluby proste na drugie trzechlecie.
Załączniki
Od lewej Stanisława Bednarska, z matką Franciszką i siostrą Marianną około 1933-4 roku..jpg
Od lewej Stanisława Bednarska, z matką Franciszką i siostrą Marianną około 1933-4 roku..jpg (39.19 KiB) Przejrzano 1083 razy

Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Re: Sprawiedliwa Siostra z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 10 lip 2020, 15:36

Zadaniem grupy mniszek było założenie nowego klasztoru dominikanek na Litwie, w Kolonii nad Wilią, kilka kilometrów od Wilna. W tym celu zakupiono 5-hektarowe gospodarstwo, stał tam drewniany, parterowy dom z prowizoryczną zakrystią i niewielką kaplicą. Zazwyczaj początki każdej fundacji bywają trudne. Niewielki dochód przynosiła sprzedaż płodów rolnych, owoców i jarzyn, siostry również kwestowały. Dla zabezpieczenia klauzury podjęły trud ogrodzenia działki murem. W podwileńskim gospodarstwie klasztornym, w polu, ogrodzie i warzywniku pracowało wiele oddanych, godnych zaufania osób.

S. Stefania Bednarska sama prowadziła kuchnię, to trudny dla niej czas, z współsiostrami łączyła życie duchowe i wyczerpującą pracę fizyczną. Nie było z czego ugotować posiłków dla ośmiu Sióstr, dla kilku osób ze służby i częstych gości. Nie miały węgla pod płytę ani odpowiedniego opału, pozyskiwanego na zalesionej części działki. Niedostatek tłuszczu, masła, trzeba było kombinować z mleka od dwóch krów (...), i na godzinę ugotować, a była tylko jedna w kuchni. Przy sporządzaniu posiłków okazała talent w urozmaicaniu jadłospisu, doprawdy ktoś by pomyślał, z niczego! (...) Na zimę robiła przetwory, gotowała, smażyła i wszystko to leżało na głowie S. Stefanii. Nie koniec na tym, działka wymagała sił roboczych przy sprzątaniu plonów (ziemniaki, buraki, marchew, zboże itd.). przygotowanie jadła dla świnek.... Pracowały wszystkie siostry, ale S. Stefania też pomagała, mozolna praca, a przy tym wymagania literalnej obserwancji podobnie jak na Gródku. To wszystko nieraz doprowadzało S. Stefanię do ostatecznego wyczerpania fizycznego. Wspomina S. Jordana Ostreyko, „Nie bez znaczenia była ciężka sprawa prania bielizny i habitów (...) Pranie odbywało się w kuchni! Na tle tych wszystkich trudności ta młodziutka Siostra nie załamała się, owszem stawała się coraz bardziej współczującą i miłosierną zwłaszcza dla współsióstr, umiała przebaczyć i na ile ją tylko było stać okazać siostrzaną miłość, cichutko w czynie. Ta charakterystyczna cecha charakteru i jej drogi życia wewnętrznego rozwijała się stale, w pełną samozaparcia się i przekreślenia siebie miłość siostrzaną względem każdej potrzebującej pomocy siostry. S. Stefania nauczyła się samorzutnie, nie czekając, aż ją ktoś poprosi, zakasać rękawy i pomagać z takim zapałem i nakładem sił, że aż pot kroplisty okrywał jej wychudzoną twarz o głęboko osadzonych, ciemno obramowanych oczach”... 2 maja 1941 na ręce Matki Jordany Ostreyko, S. Stefania i S. Małgorzata odnowiły śluby proste na drugie trzechlecie.

Plany wybudowania klasztoru z prawdziwego zdarzenia metropolity wileńskiego, abp. Romualda Jałbrzykowskiego przerwał wybuch II wojny światowej. Siostry zakonne nie zważając na grożące niebezpieczeństwo, jesienią 1941 roku udzieliły schronienia i wsparcia siedemnastu członkom młodzieżowej syjonistycznej organizacji bojowej Haszomer Hacair, w tym Abbie Kownerowi. Wśród ukrywanych byli jeszcze m. in: Arie Wilner, Chaja Grosman, Edek Boraks, Chuma Godot i Izrael Nagel, późniejsi działacze ruchu oporu w getcie wileńskim i warszawskim. Przeorysza Bertranda od samego początku odnosiła się ze zrozumieniem i życzliwością do ukrywanych, grożąc nawet niektórym siostrom wykluczeniem ze zgromadzenia, otwarcie krytykującym podejmowanie ogromnego ryzyka. Mniszki pozyskiwały broń i ukrywały znajomych Żydów pomagających w pracach polowych. To właśnie w klasztorze legendarny Abba Kowner napisał i wydrukował słynny manifest do wileńskich Żydów, wszelkich poglądów politycznych, w którym znalazły się słowa: „Hitler planuje zabić wszystkich europejskich Żydów. Litewscy Żydzi będą pierwsi. Nie dajmy się prowadzić na rzeź jak stado owiec. To prawda, jesteśmy słabi i nie mamy broni, ale jedyną odpowiedzią jest opór!”. Z początkiem 1942 roku ukrywani zdecydowali się opuścić klasztor i wrócić do wileńskiego getta, by tam organizować zbrojny opór przeciw okupantom. Przeorysza wraz z podległymi jej siostrami, przebrane w cywilne ubrania, przez kilka następnych miesięcy osobiście dostarczały broń i amunicję organizującym powstanie w getcie. Było to możliwe dzięki ograniczonemu zezwoleniu, jakie Niemcy udzielili na niesienie humanitarnej pomocy Żydom. Zeznania jednego z aresztowanych członków FPO, naprowadziły Niemców na trop dzielnych dominikanek. Siostry zakonne rozpędzono, klasztor zamknięto, zaś przeoryszę Bertrandę wysłano do obozu pracy w Perwejniszkach pod Kownem. Cudem doczekała końca wojny, ale zapłaciła wysoką cenę za swoją działalność. Po 1945 roku i repatriacji do Polski Bertranda wystąpiła ze stanu duchownego, mieszkała samotnie w skromnym mieszkaniu w Warszawie, przyjmując nowe nazwisko Anna Borkowska. Do śmierci utrzymywała kontakt z byłymi podopiecznymi, które przeżyli Zagładę. Instytut Yad Vashem, 29 marca 1984 roku przyznał Borkowskiej honorowy tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Doszło do tego w ogromnej mierze dzięki intensywnym zabiegom Abby Kownera, który na własną rękę, m. in. dzięki informacjom pozyskanym od służącej w krakowskim klasztorze Dominikanów siostry Cecylii, doskonale pamiętającej go z Kolonii Wileńskiej, ustalił dokładny warszawski adres zamieszkania Borkowskiej. Dowiedziawszy się, że pogarszający się stan zdrowia (miała wówczas 84 lata) nie pozwoli dawnej siostrze Bertrandzie na osobisty odbiór odznaczenia w Jerozolimie, Kowner podjął się wręczenia go swej wybawicielce podczas skromnej, a zarazem niezwykle wzruszającej, uroczystości w Warszawie. 11 lipca 1984 roku, po czterdziestu latach, ta niezwykła dwójka bohaterów stanęła twarzą w twarz. „Czymże zasłużyłam na to wyróżnienie ?” zapytała zdziwiona Borkowska. Na to wzruszony do łez Kowner odparł „Ty Anno jesteś prawdziwym aniołem! W mrocznych dniach, gdy inni aniołowie odwrócili swe oblicza od naszego losu, to właśnie Ty byłaś dla nas prawdziwym aniołem! Nie takim aniołem, jak te, które sami tworzymy w naszych sercach, ale aniołem prawdziwym, takim który uczynił nasze życie wiecznym”. Sprawiedliwa Anna Borkowska jak i niestrudzony Abba Kowner, zmarli w tym samym 1988 roku.

Z okresu wileńskiego rozproszenia wspomina S. Jordana: „Stało się to dnia 26 marca 1942 r. Kilka Sióstr, w tej liczbie i S. Stefania, tego dnia rano poszły do Ostrej Bramy, by się wyspowiadać, bowiem nasz spowiednik Ks. Prof. Walenty Urmanowicz już od 4 marca1942 razem z innymi księżmi profesorami Seminarium Duchownego był w więzieniu. Siostry trafiły akurat na sam moment aresztowania OO. Karmelitów (tegoż dnia jednocześnie aresztowano wszystkie inne klasztory męskie i żeńskie). Czem prędzej Siostry wróciły do domu. A ponieważ miałyśmy wskazane od Ks. Arcypasterza, by o ile możności nie dać się aresztować, zawczasu miałyśmy wszystko przygotowane do czasowego ukrycia się. Wieczorem 26 marca wraz z S. Stefanią jak dwa ścigane zające gnałyśmy do Wilna, skąd po przenocowaniu u mojej znajomej Anieli Lachowiczowej przy ul. Subocz, miałyśmy we dwie zaczekać przy ul. Mickiewicza w mieszkaniu mego wujaszka Franciszka Rupejki, który tegoż dnia miał nas obie zabrać do majątku brata Mamy śp. Kazimierza Swolkienia do Gładkiszek (20 km za Wilnem). Był to piątek 27 marca przed Niedzielą Palmową, uroczystość Matki Boskiej Bolesnej. Do kościoła miałyśmy daleko, 5 km, albo do parafii 7 km. S Stefania nie chciała zrezygnować z codziennej Mszy św., więc w Wielką Środę wróciła do Wilna i przyłączyła się do M. Bertrandy i S. Diany, które przez jakiś czas zamieszkały u Fili Jurewiczówny przy ul. Subocz, potem przeniosły się na ul. Piwną. Ciężkie tam były warunki z rozmaitych powodów. Stan zdrowia S. Stefanii potrzebującej specjalnej diety i odżywienia wkrótce okazał się zatrważający. W lipcu 1942 zabrałam S. Stefanię ponownie do Gładkiszek, gdzie przebyłyśmy do jesieni. Tam świeże powietrze, owoce do sytości, mleko wprost od krowy i pewna praca w polu postawiła Siostrę Stefanię na nogi. Pomagała mi w robieniu herbaty z fermentowanych liści poziomkowych, z czego miałyśmy pewien dochód”.


Po powrocie z Gładkiszek S. Stefania pojechała wkrótce do Turgiel, gdzie pracowała na plebanii u Ks. Józefa Obrębskiego. Po wielu latach S. Stefania opisała swoje wspomnienia z tego czasu: „Będąc w Turgielach u Ks. Józefa, ile tam strachu przeżyłam, znów łapanki, akcja, strzelanina AK- owców z Litwinami. Powstanie, naloty, bomby...W czasie nalotu przed żniwami wyszliśmy wszyscy z plebanii i w polu w życie pokładliśmy się i cudem wyszliśmy z życiem z tej gehenny. Ale stokroć większego cudu doznałam ja i siostra Wizytka, kiedy to Ukraińcy napadli na nas w nocy śpiące w pokoiku, i wyrwali drzwi ze skoblami. Co zamierzali z nami zrobić, to tylko Bogu wiadomo, wiemy, co wszędzie robili, to i nas czekało... Ja już chciałam sobie życie odebrać, tylko nie miałam czym. Ile wtedy wyrwało się z naszych serc aktów zaklinających całe niebo o ratunek i nie zostałyśmy zawiedzione. Doznałyśmy tak wielkiego cudu, że do zgonu go nie zapomnę... Aresztowanie ks. Józefa Obrembskiego z powodu AK, w co i ja byłam częściowo wciągnięta, by im pomóc. A potem odgrażanie kilkakrotne spaleniem plebanii. W końcu wyciągnięto nas pod ścianę na rozstrzelanie. I tu przyszła cudowna pomoc opieki Bożej w ostatniej chwili. Ile ja przeżyłam, to nie potrafię tego opisać. Jak Niemcy otoczyli całą plebanię i nas najpierw do kościoła zapędzili, następnie przed kościół po uprzednim spoliczkowaniu księży, kazali nam ustawić się pod ścianą i ustawili lufę wprost do nas...” (S. Cecylia wspomina, że wtedy gospodyni księdza poczęstowała żołnierzy winem i do strzelania nie doszło...)

Matka Jordana opowiada w Obrazkach z fundacji:„Wkrótce po przejściu frontu przez Wilno, dobra, miłosierna i współczująca Siostra Stefania spieszy z Turgiel (30 km za Wilnem) z plecakiem mocno obciążonym „wzmacniającymi” prowiantami dla dwóch sióstr, które przebywały w Wilnie. Co za radość ze spotkania! Co za smakowite rzeczy! Świeży chleb razowy... ach! Nic nie mogło wówczas iść w porównanie z tym prostym, czarnym chlebem razowym, żadne najwybredniejsze cukierki, smakołyki! A te suchary smażone na maśle, i co tam jeszcze było... masło, ser...! A przecież to wszystko miało swoją wagę wielokilogramową! Ogółem ten plecak ważył przeszło 16 kg. A droga długa i upalny dzień! Oto serce na dłoni tej kochanej Siostrzyczki. Zastała mnie w Kolonii. Ale krótko się widziałyśmy... bo pomimo próśb naszych, moich i pp. Nowickich, uparcie nalegała, że jeszcze tegoż dnia musi iść do miasta, by resztę prowiantów zanieść drugiej siostrze. I poszła. Lecz jakież doświadczenie Boże czekało na nią w Wilnie! O Boże, trafiła na najcięższe, pierwsze pofrontowe dwugodzinne bombardowanie miasta – i to nie byle jakimi bombami, tylko dwutonówkami. Huk straszny, prawie bez przerwy. Prawie cała dzielnica Nowy Świat w pobliżu stacji kolejowej została zniszczona. Ogromne leje 5-metrowej średnicy a 2 m głębokości można było potem oglądać na ulicach. A S. Stefania ? U mojej dobrodziejki, p. Józefy Likszanki, drżąc ze strachu tylko polecała swą duszę Bogu".

W Turgielach na ręce Matki podprzeoryszy Cecylii Roszak, 2 maja 1944 S. Stefania odnowiła śluby czasowe na trzecie trzechlecie. Pod koniec listopada 1944 wróciła wraz z siostrami do Kolonii Wileńskiej. Ks. Józef Obrembski zaopatrzył siostry w zboże i żywność. W grudniu przyłączyła się do Sióstr dobra znajoma S. Stefanii, Jania Zdaniukiewicz z Turgiel.

Optymizm, nieustanna modlitwa i głęboka wiara w opiekę Bożą pozwoliły wszystkim wileńskim siostrom przetrwać gehennę wojny. W rozproszeniu, ukryciu i przebraniu, służyły innym w okolicach okręgu wileńskiego, na plebaniach lub gospodarstwach ziemiańskich.
Po wielu miesiącach przebywania w ciężkich warunkach, ciągłej niepewności i presji niebezpieczeństwa wyrzucenia z klasztoru przez sowieckie władze, za zgodą przełożonych skorzystały z możliwości repatriacji. W styczniu 1945 roku, S. Stefania wraz z M. Cecylią i S. Małgorzatą zapisały się na powrót do Krakowa. Wyjechały 22 kwietnia, ciężka podróż w otwartych wagonach, bez ochrony od deszczu i zimna, trwała około 10 dni.
Załączniki
Dominikanki pod Wilnem.jpg
Dominikanki pod Wilnem.jpg (77.89 KiB) Przejrzano 1076 razy

Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Re: Sprawiedliwa Siostra z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 10 lip 2020, 15:43

Pierwsze miesiące po wyzwoleniu S. Stefania spędziła w rodzinnym domu na Rudach, odnawiała dawne znajomości i służyła pomocą w gdowskim kościele. Decyzją Konsylium 25 czerwca 1945 została afiliowana do klasztoru na Gródku w Krakowie przy ul. Mikołajskiej 21, gdzie niebawem przeniosła się. Utrzymywała listowny kontakt z rodziną i znajomymi w Gdowie, m. in. z Anną Pieprzykową, która wspierała ją finansowo. Wkrótce dominikanki zostały wysiedlone z macierzystej placówki, i zamieszkały wspólnie z mniszkami klariańskimi (klaryskami) przy ul. Grodzkiej 54. Po żmudnych staraniach oraz trudnościach, najpierw siostry młodsze w 1946 roku, a niebawem także i starsze wróciły na Gródek. Kwestowały i utrzymywały się z pracy rąk, otworzyły tzw. trykotarnię, korzystały z darów amerykańskich, a także pomocy dobrodziejów.
Załączniki
Dedykacja dla Anny Pieprzykowej z Gdowa datowana 10 pazdziernik 1945.jpg
Dedykacja dla Anny Pieprzykowej z Gdowa datowana 10 pazdziernik 1945.jpg (65.52 KiB) Przejrzano 1073 razy

Posty: 834
Rejestracja: poniedziałek 02 mar 2015, 14:48

Re: Sprawiedliwa Bednarska z Bilczyc

Postautor: Markot Roman » piątek 17 lip 2020, 10:32

Siostra Stefania, Stanisława Bednarska 20 kwietnia 1947 złożyła śluby wieczyste. Do śmierci przybywała w klasztornej klauzurze na Gródku w Krakowie. Dopóki żyła matka, regularnie odwiedzała ją i rodzinę w Bilczycach, później grób rodziców na gdowskim cmentarzu przywożona przez brata Józefa. Zmarła 24 kwietnia 2004, przeżyła 89 lat, pochowana na Rakowickim cmentarzu w grobowcu OO Dominikanów, kwatera VIII, rząd płd.
Załączniki
Siostra Stefania Bednarska.jpg
Siostra Stefania Bednarska.jpg (44.87 KiB) Przejrzano 990 razy


phpbb 3.1 styles demo

Wróć do „Ciekawe miejscowości i ich historia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości